poniedziałek, 9 stycznia 2017

To początek czegoś nowego.

      Witajcie,
jako, że nastał już Nowy Rok (tak wiem, że to już prawie 10 dni temu, jestem lekko spóźniona, zresztą jak zawsze) postanowiłam, że z racji postanowienia noworocznego, zacznę pisać coś zupełnie nowego. Całkiem nową historię. Mam nadzieję, że wytrwam w tym moim małym postanowieniu. Tyczy się to również samego bloga. Chciałabym zacząć pisać posty, no może nie aż tak strikte regularnie, ale częściej niż obecnie. Przechodząc do rzeczy chcę się dziś z Wami podzielić krótkim prologiem, który ostatnio nabazgroliłam. Nie ukrywam, że liczę na Wasze opinie, krytyka jest tutaj jak najbardziej wskazana.
A na koniec życzę Wam, aby wasze postanowienia na ten Nowy Rok spełniły wasze oczekiwania, niech się Wam darzy, bo dostatku ( a zwłaszcza w uczuciach) nigdy za wiele.
Pozdrawiam z całego serduszka,
Bella

Prolog



Powietrze gęste było od dziwnej niebieskiej mgły, która rozpanoszyła się wszędzie wokół mnie. Choć byłam pewna, że znajduję się w lesie to żaden szelest cy śpiew ptaków, które musiały tutaj przecież być, nie docierał do moich uszu. Nieostre kontury drzew pozostawały niewzruszone, nie drgnęły ani na milimetr, choć wyraźnie wyczuwałam lekki wiatr. Nie mogło tak po prostu nic się nie poruszyć, dobrze o tym wiedziałam, a jednak nawet trawa nie zdołała się poruszyć. Zupełnie tak jakby wszystko dookoła mnie było z kamienia albo zamarło, uwięzione między czasem i przestrzenią, za pomocą dotknięcia magicznej różdżki. Wiedziałam jednak, że to przecież jest niemożliwe. Nie istniało takie coś jak czary choć z całych sił przez całe swoje życie w nie wierzyłam. Zdecydowanie coś tutaj było nie tak, takie miejsce nie powinno nawet istnieć, a przynajmniej nie na ziemi. W moim umyśle kłębiło się tysiąc różnych myśli. Z jednej strony nie wiedziałam gdzie ja tak właściwie się znajduję, a z drugiej zaś miałam wrażenie, że znam to miejsce i jest mi ono najdroższe na świecie. Miałam głupie poczucie tego, że nareszcie jestem w domu.
Wszystko tutaj było piękne, a zarazem przerażające. Nie wiedziałam gdzie ja się tak naprawdę znajduję, a już tym bardziej w jaki oto sposób się tutaj znalazłam. Spojrzałam dokładnie wokół siebie, próbując znaleźć jakiś drobny szczegół, który potrafiłabym przypasować do któregoś ze znanych mi już miejsc. Obok mnie, dosłownie parę metrów od mojej prawej nogi znajdowało się małe jeziorko. Zupełnie jakby ktoś wyjął je z bardzo znanej sceny z Króla Lwa, tej sceny gdzie Rafiki pokazuje Simbie prawdę. Tak, to jest najlepszy opis owego, małego zbiornika wodnego. Jego wody zdawały się błyszczeć. Można, by nawet rzec, że woda w nim ma diabelsko nieludzki błękitny kolor, nawet nie umiem go dokładnie opisać. Nigdy bowiem nie widziałam na oczy tak pięknej barwy. A przy tym owa woda była nieskazitelnie, nietknięta przez ludzką rękę, ani nawet żadną rękę, czysta. Pochyliłam się lekko nad tym zaczarowanym, bajecznym jeziorku, tak samo jak młody lew w bajce, przy czym o mało nie dostałam przez to zawału. Nie, nie dostrzegłam wielkiej, burzowej chmury w kształcie Mufasy, tylko swoje lecz tak odmienne od rzeczywistości odbicie. Coraz bardziej to wszystko zaczęło mnie przerażać. Jak ja właściwie wyglądam?I co mam na sobie, na wszystkie demony tego świata?! Wcześniej nie zwróciłam na to uwagi. Zajęta byłam przecież analizą tego magicznego jeziorka. Ciekawa jestem kto mnie w to ubrał? Chyba tylko jakiś totalny zboczeniec byłby do tego zdolny, a do tego szaleniec. Nie chciałam nawet myśleć o tym, że ktoś zupełnie mi obcy, dotykał mnie. Rozebrał mnie do naga! Wariactwo! Nie miałam bowiem pod spodem żadnej bielizny. Przerażenie coraz bardziej przejmowało moje ciało i duszę, rzecz jasna. Miałam na sobie lekką, bardzo lekką suknię, sięgającą mi właściwie po same pięty. Zdawać, by się mogło, że uszyta została tylko z samej świetlistej mgły, podobnej do tej, która mnie otaczała, tylko bardziej srebrzystej i jeszcze bardziej, o ile tak się dało, magicznej, plątając przy tym wszystkie moje zmysły czucia i bycia. Tak delikatna w dotyku, że można, by nawet rzec, iż tak naprawdę jej nie ma, a jednak leżała na mnie idealnie skrojona. W kolorze perłowej bieli, na dość szerokich ramiączkach, które ozdobione zostały srebrnymi nitkami. Srebrne sploty układały się w jakieś nieznane mi, mityczne wzory. Na moich oczach te same nici zaczęły się poruszać, wychodząc poza ramiona, tworząc przy tym siateczkę, na wzór pajęczyny, która ukształtowała się w kształt "smoczych" rękawków. Były naprawdę piękne, choć wystraszyłam się nie na żarty, szyjących się samemu srebrnych, księżycowych nici. A one nie zważając na mój strach wędrowały dalej po czeluściach mojej sukni, omijając delikatnie lekko wycięty dekolt i zatrzymując się pod biustem. Wyczarowały tam gruby na 15 centymetrów pas, dokładnie taki sam jak reszta haftów. Kiedy już myślałam, nie kiedy wiedziałam, że księżycowe nitki, skończyły swoją podróż, jak gdyby nigdy nic znikąd pojawiły się na moich dłoniach rękawiczki, oczywiście również srebrne. A w moich hebanowo czarnych włosach, które teraz wydawały się mi być jeszcze bardziej czarne i co ciekawe o wiele dłuższe, zalśnił diadem z czerwonym diamentem na samym jego środku. Nogi ciągle miałam bose, ale tak już chyba miało pozostać.
A ja dalej wpatrywałam się w swoje odbicie w błękitnej wodzie tego jeziorka. Nie wiedziałam co tak właściwie się tutaj teraz wydarzyło. Na moich oczach suknia jak zaczarowana zaczęła się zmieniać, stając się przy tym jeszcze bardziej podobna do blasku księżyca w pełni. Ale to jest przecież niemożliwe. Może tylko się mi przewidziało. Na pewno istniało jakieś racjonalne wytłumaczenie tej sytuacji. Może to tylko moja głupia wyobraźnia. Tak to sobie tłumaczyłam, wmawiając sobie przy tym, że to przez tą dziwną wodę w tym jeziorku. To pewnie ona zdeformowała rzeczywisty obraz, chciałam tak myśleć z całego swojego, głupiego serca. Ze strachem i zdecydowanie za szybko bijącym sercem spojrzałam na strój, który miałam na sobie. Otworzyłam szeroko swe szaro-zielone oczy widząc ten sam obraz, który ukazał mi się w wodach jeziorka. Teraz to już naprawdę wpadłam w panikę. Jeśli kiedykolwiek uda mi się stąd wydostać czeka mnie długie leczenie u psychologa, a najlepiej u psychiatry! Obym tylko nie trafiła do czubków!
- Gdzie ja jestem?! Co tutaj robię?! - wołałam jak opętana w ten otulony przez mgłę las. Nie wiedziałam co się tutaj dzieje i czy wołanie w rzeczywistości mi pomoże, czy wręcz przeciwnie, czy przyciągnie do mnie jakieś niewiarygodne i niewyobrażalne nawet dla mnie, niebezpieczeństwo. Chciałam jednak usłyszeć odpowiedź, choć przypuszczam, że jakby coś takiego się wydarzyło to już bym tutaj dawno padła trupem, na tą idealną trawę pod moimi nogami. Umarłabym na zawał w tej bajecznej lecz szaleńczo psychopatycznej zaczarowanej krainie. Z drugiej jednak strony taka śmierć nie wydawała mi się już taka zła, mając przed oczami wizje bestii, które wyłonić, by się mogły z potwornej, gęstej a na dodatek błyszczącej mgły. Tak, zawał to całkiem dobra opcja. Taka szybka śmierć na miejscu. Leżałabym sobie już tedy na wieczność pośród nieznanych mi dotąd roślin i kwiatów, które dostrzegłam pod swoimi stopami. No może nie na wieczność, w końcu by mnie te bestie rozszarpały, ale wtedy już nic nie będę czuć, przynajmniej mam taką nadzieję. Sama wtedy nie wiedziałam, czego tak naprawdę chcę. Chociaż nie, wiedziałam. Chciałam wrócić do swojego domu, do swojego wielkiego łóżka. I to już i natychmiast. Może jak długo będę o tym myśleć i wystarczająco mocno się skupię to mi się to uda. W niektórych filmach bądź książkach ta metoda była bardzo skuteczna więc może i mnie się uda. Zamknęłam więc oczy i mocno, ale to bardzo mocno skupiłam się na tym, myśląc intensywnie, że jestem w łóżku, a to wszystko tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Niczym jedi hipnotyzowałam samą siebie aż nie zakręciło mi się w głowie. Uznałam to za dobry znak. Powoli otwierałam swoje oczy, będąc pewną, że moja sztuczka się udała. To co zobaczyłam mnie jednak zaskoczyło.
Dalej stałam bosa w dziwnym ciemnym lesie, który błyszczał, zapewne przez tą tajemniczą mglę, zimnym księżycowym blaskiem. Moje serce tak szybko pompowało krew iż naprawdę byłam pewna podziwu wobec siebie, że dalej stoję na własnych nogach, a nie zemdlałam jak delikatna dziewczynka, która skaleczyła się w palec igiełką, podczas wyszywania dostojnego obrusu w kwiaty.
Starałam się myśleć jak najbardziej logicznie, ale w obecnej sytuacji mój rozum odmawiał mi posłuszeństwa. Opadłam więc z rozpaczą na kolana, zanurzając nogi w tak delikatnej trawie, że musiałam dotknąć jej ręką, żeby na sto procent upewnić się że to nie jest mój ulubiony "pluszowy" kocyk. Swoją drogę ciekawa jestem jak komuś udało się wyhodować tak jedwabiście miękką roślinność. Byłam pewna podziwu wobec tego człowieka, który rozsiał tutaj tę trawę. Analizując strukturę roślin wokół mnie nie zauważyłam nawet, że coś się do mnie zbliża. Dopiero dziwne odczucie w moim żołądku zdołało odwrócić moją uwagę od tego co miałam pod kolanami. Przestraszona spojrzałam w jaśniejącą ciemność, próbując uchwycić choć najmniejszy ruch. Moje rozszerzone do granic źrenicy nie zdołały jednak niczego dostrzec. Ale ja wiedziałam, że tam coś jest. Swoją podświadomością wyłapałam pewien ciemny kształt schowany 20 metrów ode mnie, za potężnym dębem. Nagle z owego miejsca usłyszałam cichy szept, który wypełniony był tak gęsto różnymi uczuciami, że nie wiem czy zdołałam je wszystkie wyłapać. Żal, tęsknota, miłość, złość, nienawiść, żądza, pragnienie bliskości...
Wróć do mnie... wróć do domu... twoje przeznaczenie na ciebie czeka, czas je wypełnić...
Nie myśląc nawet nad tym co robię wykrzyczałam ze złością:
- Pokaż mi się i to natychmiast! Nie bądź tchórzem! Nie wiem jak mnie tutaj sprowadziłeś, ale w tej chwili masz odesłać mnie do domu! Rozumiesz?! - po tych słowach odwaga mnie opuściła, nie wiedziałam bowiem z kim tak naprawdę mam do czynienia. Może to był naprawdę jakiś szalony, psychopata nożownik, który zadźga mnie w jak najbardziej okrutny i bolesny dla mnie sposób. Z drugiej jednak strony poczułam w tym momencie coś czego nigdy dotąd w moim życiu nie czułam. Poczucie bezpieczeństwa i tego, że nareszcie jestem w domu, w prawdziwym domu. Pojawiło się przy tym również uczucie przeogromnej tęsknoty, sama nawet nie wiem za czym, jednak to uczucie jeszcze długo po tych wydarzeniach mnie nie opuszczało.
Tak samo zadziorna i z temperamentem jak swoja matka... Wróć do mnie moje dziecko, wróć... Wszyscy tutaj na ciebie czekają...
Po tych słowach usłyszałam szelest gałęzi i liści, które znajdowały się na ściółce pod drzewami. Wiedziałam, że ten ktoś zbliża się do mnie coraz bardziej. W tym momencie dopadło mnie parę odczuć na raz. Chciałam uciekać, lecz również chciałam zostać i stawić czoła temu dziwnemu osobnikowi. Nogi jednak odmówiły mi posłuszeństwa, mogłam tylko stać i czekać na to co się stanie. Stałam dumnie wyprostowana, mając w sercu nadzieję, że nie jest to dzień mojej śmierci. Nagle kroki się zatrzymały. Niedaleko od miejsca w którym stałam zdołałam dostrzec sylwetkę mężczyzny. Nie widziałam szczegółów, dalej bowiem był owinięty ową mgłą. Moja przyjaciółka, by rzekła pewnie, że to jest takie "creepy" - mgła, noc, blask, postać mężczyzny. Z tego co udało mi się zauważyć miał smukłą sylwetkę, na oko 1,90 metra wysokości, bardzo wyskoki według mnie, włosy co najmniej za ucho i na brodę Merlina! On ma szpiczaste uszy, które teraz wyraźnie ryzowały się w tym tajemniczym blasku.
Wróć do mnie...
Usłyszałam jeszcze owy szept. Przesunął się jeszcze bliżej mnie i wtedy zobaczyłam jego oczy...
Obudziłam się nagle, gwałtownie, oblana zimnym potem. Popatrzyłam szybko naokoło siebie i zlokalizowałam swój pokój, swoje łóżko. Wszystko było ze mną w porządku, byłam bezpieczna i co najważniejsze w swojej piżamie! Ciągle jednak miałam w głowie te oczy. Intensywnie zielone oczy. Znałam te oczy, znałam ich na pamięć, każdy szczegół, kształt. Znałam, ale nie umiałam sobie przypomnieć skąd.
Opadłam wykończona dziwnym snem na poduszkę, głęboko zasypiając. Tym razem już o niczym nie śniłam.