jako, że nastał już Nowy Rok (tak wiem, że to już prawie 10 dni temu, jestem lekko spóźniona, zresztą jak zawsze) postanowiłam, że z racji postanowienia noworocznego, zacznę pisać coś zupełnie nowego. Całkiem nową historię. Mam nadzieję, że wytrwam w tym moim małym postanowieniu. Tyczy się to również samego bloga. Chciałabym zacząć pisać posty, no może nie aż tak strikte regularnie, ale częściej niż obecnie. Przechodząc do rzeczy chcę się dziś z Wami podzielić krótkim prologiem, który ostatnio nabazgroliłam. Nie ukrywam, że liczę na Wasze opinie, krytyka jest tutaj jak najbardziej wskazana.
A na koniec życzę Wam, aby wasze postanowienia na ten Nowy Rok spełniły wasze oczekiwania, niech się Wam darzy, bo dostatku ( a zwłaszcza w uczuciach) nigdy za wiele.
Pozdrawiam z całego serduszka,
Bella
Prolog
Powietrze
gęste było od dziwnej niebieskiej mgły, która rozpanoszyła się
wszędzie wokół mnie. Choć byłam pewna, że znajduję się w
lesie to żaden szelest cy śpiew ptaków, które musiały tutaj
przecież być, nie docierał do moich uszu. Nieostre kontury drzew
pozostawały niewzruszone, nie drgnęły ani na milimetr, choć
wyraźnie wyczuwałam lekki wiatr. Nie mogło tak po prostu nic się
nie poruszyć, dobrze o tym wiedziałam, a jednak nawet trawa nie
zdołała się poruszyć. Zupełnie tak jakby wszystko dookoła mnie
było z kamienia albo zamarło, uwięzione między czasem i
przestrzenią, za pomocą dotknięcia magicznej różdżki.
Wiedziałam jednak, że to przecież jest niemożliwe. Nie istniało
takie coś jak czary choć z całych sił przez całe swoje życie w
nie wierzyłam. Zdecydowanie coś tutaj było nie tak, takie miejsce
nie powinno nawet istnieć, a przynajmniej nie na ziemi. W moim
umyśle kłębiło się tysiąc różnych myśli. Z jednej strony nie
wiedziałam gdzie ja tak właściwie się znajduję, a z drugiej zaś
miałam wrażenie, że znam to miejsce i jest mi ono najdroższe na
świecie. Miałam głupie poczucie tego, że nareszcie jestem w domu.
Wszystko
tutaj było piękne, a zarazem przerażające. Nie wiedziałam gdzie
ja się tak naprawdę znajduję, a już tym bardziej w jaki oto
sposób się tutaj znalazłam. Spojrzałam dokładnie wokół siebie,
próbując znaleźć jakiś drobny szczegół, który potrafiłabym
przypasować do któregoś ze znanych mi już miejsc. Obok mnie,
dosłownie parę metrów od mojej prawej nogi znajdowało się małe
jeziorko. Zupełnie jakby ktoś wyjął je z bardzo znanej sceny z
Króla Lwa, tej sceny gdzie Rafiki pokazuje Simbie prawdę. Tak, to
jest najlepszy opis owego, małego zbiornika wodnego. Jego wody
zdawały się błyszczeć. Można, by nawet rzec, że woda w nim ma
diabelsko nieludzki błękitny kolor, nawet nie umiem go dokładnie
opisać. Nigdy bowiem nie widziałam na oczy tak pięknej barwy. A
przy tym owa woda była nieskazitelnie, nietknięta przez ludzką
rękę, ani nawet żadną rękę, czysta. Pochyliłam się lekko nad
tym zaczarowanym, bajecznym jeziorku, tak samo jak młody lew w
bajce, przy czym o mało nie dostałam przez to zawału. Nie, nie
dostrzegłam wielkiej, burzowej chmury w kształcie Mufasy, tylko
swoje lecz tak odmienne od rzeczywistości odbicie. Coraz bardziej to
wszystko zaczęło mnie przerażać. Jak ja właściwie wyglądam?I
co mam na sobie, na wszystkie demony tego świata?! Wcześniej
nie zwróciłam na to uwagi. Zajęta byłam przecież analizą tego
magicznego jeziorka. Ciekawa jestem kto mnie w to ubrał? Chyba
tylko jakiś totalny zboczeniec byłby do tego zdolny, a do tego
szaleniec. Nie chciałam nawet myśleć o tym, że ktoś
zupełnie mi obcy, dotykał mnie. Rozebrał mnie do naga! Wariactwo!
Nie miałam bowiem pod spodem żadnej bielizny. Przerażenie coraz
bardziej przejmowało moje ciało i duszę, rzecz jasna. Miałam na
sobie lekką, bardzo lekką suknię, sięgającą mi właściwie po
same pięty. Zdawać, by się mogło, że uszyta została tylko z
samej świetlistej mgły, podobnej do tej, która mnie otaczała,
tylko bardziej srebrzystej i jeszcze bardziej, o ile tak się dało,
magicznej, plątając przy tym wszystkie moje zmysły czucia i bycia.
Tak delikatna w dotyku, że można, by nawet rzec, iż tak naprawdę
jej nie ma, a jednak leżała na mnie idealnie skrojona. W kolorze
perłowej bieli, na dość szerokich ramiączkach, które ozdobione
zostały srebrnymi nitkami. Srebrne sploty układały się w jakieś
nieznane mi, mityczne wzory. Na moich oczach te same nici zaczęły
się poruszać, wychodząc poza ramiona, tworząc przy tym siateczkę,
na wzór pajęczyny, która ukształtowała się w kształt
"smoczych" rękawków. Były naprawdę piękne, choć
wystraszyłam się nie na żarty, szyjących się samemu srebrnych,
księżycowych nici. A one nie zważając na mój strach wędrowały
dalej po czeluściach mojej sukni, omijając delikatnie lekko wycięty
dekolt i zatrzymując się pod biustem. Wyczarowały tam gruby na 15
centymetrów pas, dokładnie taki sam jak reszta haftów. Kiedy już
myślałam, nie kiedy wiedziałam, że księżycowe nitki, skończyły
swoją podróż, jak gdyby nigdy nic znikąd pojawiły się na moich
dłoniach rękawiczki, oczywiście również srebrne. A w moich hebanowo czarnych włosach, które teraz wydawały się mi być
jeszcze bardziej czarne i co ciekawe o wiele dłuższe, zalśnił
diadem z czerwonym diamentem na samym jego środku. Nogi ciągle
miałam bose, ale tak już chyba miało pozostać.
A
ja dalej wpatrywałam się w swoje odbicie w błękitnej wodzie tego
jeziorka. Nie wiedziałam co tak właściwie się tutaj teraz
wydarzyło. Na moich oczach suknia jak zaczarowana zaczęła się
zmieniać, stając się przy tym jeszcze bardziej podobna do blasku
księżyca w pełni. Ale to jest przecież niemożliwe. Może
tylko się mi przewidziało. Na pewno istniało jakieś racjonalne
wytłumaczenie tej sytuacji. Może to tylko moja głupia wyobraźnia.
Tak to sobie tłumaczyłam, wmawiając sobie przy tym, że to przez
tą dziwną wodę w tym jeziorku. To pewnie ona zdeformowała
rzeczywisty obraz, chciałam tak myśleć z całego swojego, głupiego
serca. Ze strachem i zdecydowanie za szybko bijącym sercem
spojrzałam na strój, który miałam na sobie. Otworzyłam szeroko
swe szaro-zielone oczy widząc ten sam obraz, który ukazał mi się
w wodach jeziorka. Teraz to już naprawdę wpadłam w panikę. Jeśli
kiedykolwiek uda mi się stąd wydostać czeka mnie długie leczenie
u psychologa, a najlepiej u psychiatry! Obym tylko nie trafiła do
czubków!
-
Gdzie ja jestem?! Co tutaj robię?! - wołałam jak opętana w ten
otulony przez mgłę las. Nie wiedziałam co się tutaj dzieje i czy
wołanie w rzeczywistości mi pomoże, czy wręcz przeciwnie, czy
przyciągnie do mnie jakieś niewiarygodne i niewyobrażalne nawet
dla mnie, niebezpieczeństwo. Chciałam jednak usłyszeć odpowiedź,
choć przypuszczam, że jakby coś takiego się wydarzyło to już
bym tutaj dawno padła trupem, na tą idealną trawę pod moimi
nogami. Umarłabym na zawał w tej bajecznej lecz szaleńczo
psychopatycznej zaczarowanej krainie. Z drugiej jednak strony taka
śmierć nie wydawała mi się już taka zła, mając przed oczami
wizje bestii, które wyłonić, by się mogły z potwornej, gęstej a
na dodatek błyszczącej mgły. Tak, zawał to całkiem dobra opcja.
Taka szybka śmierć na miejscu. Leżałabym sobie już tedy na
wieczność pośród nieznanych mi dotąd roślin i kwiatów, które
dostrzegłam pod swoimi stopami. No może nie na wieczność, w końcu
by mnie te bestie rozszarpały, ale wtedy już nic nie będę czuć,
przynajmniej mam taką nadzieję. Sama wtedy nie wiedziałam, czego
tak naprawdę chcę. Chociaż nie, wiedziałam. Chciałam wrócić do
swojego domu, do swojego wielkiego łóżka. I to już i natychmiast.
Może jak długo będę o tym myśleć i wystarczająco mocno się
skupię to mi się to uda. W niektórych filmach bądź książkach
ta metoda była bardzo skuteczna więc może i mnie się uda.
Zamknęłam więc oczy i mocno, ale to bardzo mocno skupiłam się
na tym, myśląc intensywnie, że jestem w łóżku, a to wszystko
tylko wytwór mojej chorej wyobraźni. Niczym jedi hipnotyzowałam
samą siebie aż nie zakręciło mi się w głowie. Uznałam to za
dobry znak. Powoli otwierałam swoje oczy, będąc pewną, że moja
sztuczka się udała. To co zobaczyłam mnie jednak zaskoczyło.
Dalej
stałam bosa w dziwnym ciemnym lesie, który błyszczał, zapewne
przez tą tajemniczą mglę, zimnym księżycowym blaskiem. Moje
serce tak szybko pompowało krew iż naprawdę byłam pewna podziwu
wobec siebie, że dalej stoję na własnych nogach, a nie zemdlałam
jak delikatna dziewczynka, która skaleczyła się w palec igiełką,
podczas wyszywania dostojnego obrusu w kwiaty.
Starałam
się myśleć jak najbardziej logicznie, ale w obecnej sytuacji mój
rozum odmawiał mi posłuszeństwa. Opadłam więc z rozpaczą na
kolana, zanurzając nogi w tak delikatnej trawie, że musiałam
dotknąć jej ręką, żeby na sto procent upewnić się że to nie
jest mój ulubiony "pluszowy" kocyk. Swoją drogę
ciekawa jestem jak komuś udało się wyhodować tak jedwabiście
miękką roślinność. Byłam pewna podziwu wobec tego człowieka,
który rozsiał tutaj tę trawę. Analizując strukturę roślin
wokół mnie nie zauważyłam nawet, że coś się do mnie zbliża.
Dopiero dziwne odczucie w moim żołądku zdołało odwrócić moją
uwagę od tego co miałam pod kolanami. Przestraszona spojrzałam w
jaśniejącą ciemność, próbując uchwycić choć najmniejszy
ruch. Moje rozszerzone do granic źrenicy nie zdołały jednak
niczego dostrzec. Ale ja wiedziałam, że tam coś jest. Swoją
podświadomością wyłapałam pewien ciemny kształt schowany 20
metrów ode mnie, za potężnym dębem. Nagle z owego miejsca
usłyszałam cichy szept, który wypełniony był tak gęsto różnymi
uczuciami, że nie wiem czy zdołałam je wszystkie wyłapać. Żal,
tęsknota, miłość, złość, nienawiść, żądza, pragnienie
bliskości...
Wróć
do mnie... wróć do domu... twoje przeznaczenie na ciebie czeka,
czas je wypełnić...
Nie
myśląc nawet nad tym co robię wykrzyczałam ze złością:
-
Pokaż mi się i to natychmiast! Nie bądź tchórzem! Nie wiem jak
mnie tutaj sprowadziłeś, ale w tej chwili masz odesłać mnie do
domu! Rozumiesz?! - po tych słowach odwaga mnie opuściła, nie
wiedziałam bowiem z kim tak naprawdę mam do czynienia. Może to był
naprawdę jakiś szalony, psychopata nożownik, który zadźga mnie w
jak najbardziej okrutny i bolesny dla mnie sposób. Z drugiej jednak
strony poczułam w tym momencie coś czego nigdy dotąd w moim życiu
nie czułam. Poczucie bezpieczeństwa i tego, że nareszcie jestem w
domu, w prawdziwym domu. Pojawiło się przy tym również uczucie
przeogromnej tęsknoty, sama nawet nie wiem za czym, jednak to
uczucie jeszcze długo po tych wydarzeniach mnie nie opuszczało.
Tak
samo zadziorna i z temperamentem jak swoja matka... Wróć do mnie
moje dziecko, wróć... Wszyscy tutaj na ciebie czekają...
Po
tych słowach usłyszałam szelest gałęzi i liści, które
znajdowały się na ściółce pod drzewami. Wiedziałam, że ten
ktoś zbliża się do mnie coraz bardziej. W tym momencie dopadło
mnie parę odczuć na raz. Chciałam uciekać, lecz również
chciałam zostać i stawić czoła temu dziwnemu osobnikowi. Nogi
jednak odmówiły mi posłuszeństwa, mogłam tylko stać i czekać
na to co się stanie. Stałam dumnie wyprostowana, mając w sercu
nadzieję, że nie jest to dzień mojej śmierci. Nagle kroki się
zatrzymały. Niedaleko od miejsca w którym stałam zdołałam
dostrzec sylwetkę mężczyzny. Nie widziałam szczegółów, dalej
bowiem był owinięty ową mgłą. Moja przyjaciółka, by rzekła
pewnie, że to jest takie "creepy" - mgła, noc, blask,
postać mężczyzny. Z tego co udało mi się zauważyć miał smukłą
sylwetkę, na oko 1,90 metra wysokości, bardzo wyskoki według mnie,
włosy co najmniej za ucho i na brodę Merlina! On ma szpiczaste
uszy, które teraz wyraźnie ryzowały się w tym tajemniczym
blasku.
Wróć
do mnie...
Usłyszałam
jeszcze owy szept. Przesunął się jeszcze bliżej mnie i wtedy
zobaczyłam jego oczy...
Obudziłam
się nagle, gwałtownie, oblana zimnym potem. Popatrzyłam szybko
naokoło siebie i zlokalizowałam swój pokój, swoje łóżko.
Wszystko było ze mną w porządku, byłam bezpieczna i co
najważniejsze w swojej piżamie! Ciągle jednak miałam w
głowie te oczy. Intensywnie zielone oczy. Znałam te oczy, znałam
ich na pamięć, każdy szczegół, kształt. Znałam, ale nie
umiałam sobie przypomnieć skąd.
Opadłam
wykończona dziwnym snem na poduszkę, głęboko zasypiając. Tym
razem już o niczym nie śniłam.


